„Każdy jest wielki w na swoim własnym miejscu” – tak zatytułował rozdział Swami Wiwekananda w swojej książce Karma Joga. Wielkość nie jest cechą płynącą z funkcji wykonywanej w tym spektaklu życia. Władcy świata nie są więksi od zamiataczy ulic. Profesorowie nie są więksi od ludzi niewyedukowanych. Przychodzimy na świat odgrać własną rolę i to w tej roli musimy stać się wielkimi, musimy przetrawić i osiągnąć mistrzostwo w lekcjach, które życie nam przynosi. Nie zaś wchodzić w czyjeś inne buty i myśleć, że mamy stać się kimś, kim być nam nie jest dane.
Jest to wielka, fundamentalna dla własnego życia prawda, choć często niezrozumiana. Doskonałości nie osiąga się poprzez stawanie się kimś innym, ale poprzez coraz głębsze stawanie się sobą. Nie poprzez wyczytane w książkach czyny, ale poprzez codzienną pracę nad sobą i zmianę. To nasze małe życie musimy udoskonalać. To życie codzienne, nasze zwykłe, szare życie z naszymi relacjami z ludźmi, naturą i światem, z naszymi dążeniami, z naszym spojrzeniem na świat, z naszymi poglądami, z naszym podejściem do tego, co nas w nim spotyka, są właśnie naszą Drogą do Doskonałości. Jestem tu, gdzie jestem, ponieważ to moja własna karma, mój własny los doprowadził mnie do tego miejsca. I to z tego miejsca, z tego punktu w życiu mogę osiągnąć najwyższy życia Cel.
Każdy jest indywidualnością obdarzoną własnymi talentami, choćby był to jeden mały dar w jakiś sposób kształtujący nasze życie – ten dar może stać się użyteczny i sprawić, że pośród miliardów ludzi najmniejszy spośród nich, może nie tak obdarzony darami, może nie tak inteligentny, może nie tak wykształcony – a jednak będzie błyszczeć swoimi wspaniałym blaskiem zachwycając świat. Wszyscy ludzi mają w sobie ukryte klejnoty, które mogą zabłysnąć i to nad wydobyciem tych klejnotów z własnej duszy muszą się wysilić.
Kiedyś dzieciaki z okolicy przychodziły grać w piłkę tu gdzie mieszkam. Nie ma tu wielu miejsc do grania, a miejsce parkingowe przed domem otoczone jest w miarę wysokim murkiem i tam chłopcy obijali piłkę. Świeżo pomalowałem murek, a dwa dni później na białej farbie poodbijana była piłka. Wybiegłem więc kiedyś z domu i kazałem im zmykać. Był to jeden z mocniejszych punktów zwrotnych w historii tego życia. Kiedy byłem mały, graliśmy w piłkę przed blokami na trawniku. Dzieci miały wspaniałą zabawę, ale w bloku mieszkało paru świrów, którym przeszkadzało to, że dzieci „niszczyły trawę” no i robiły gwar. Teraz ja sam stałem się takim świrem. Refleksje na temat zatwardziałości własnego serca na wiele tygodni spowodowały strumienie gorzkich łez. Gdzie miałem serce, by być złym na małe dzieci, że chcą się bawić i być dziećmi? Gdzie moja empatia, jak mogłem się takim stać?…
Czy jadąc w Himalaje otrzymałbym większą naukę niż otrzymałem przed domem? Czy w życiu nieustannie nie spotykają nas sytuacje, dzięki którym możemy się zmienić, rozwinąć, otworzyć, stać lepszymi ludźmi? To nie podczas specjalnych okazji i w specjalnych miejscach mamy się uczyć i zmieniać, ale w codzienności mamy rozwijać swoją moralność, mamy stawać się ludźmi serca, mamy niszczyć kłamstwo i własne złe cechy i stawać się dobrymi ludźmi, bo poprzez dobroć wiedzie droga do doskonałości. Poprzez trzymanie się prawdy wiedzie droga do doskonałości. A każdy nowy dzień jest kolejną okazją, by z całych sił pracować nad oczyszczaniem swojego serca, życia, umysłu, by udoskonalać siebie i stawać się dobrą osobą. Inni ludzie w taki czy inny sposób tylko wskazują nam drogę.
Historia, którą opowiedział Swami Wiwekananda pięknie ilustruje tę prawdę, że każdy może osiągnąć wielkość dokładnie w tym miejscu, w którym się znajduje.
Pewien król zwykł pytać wszystkich Sannjāsinów, którzy przybywali do jego kraju: „Kto jest większym człowiekiem – ten, kto porzuca świat i zostaje Sannjāsinem, czy ten, kto żyje w świecie i spełnia swoje obowiązki gospodarza domu?” Wielu mędrców próbowało rozwiązać ten problem. Niektórzy twierdzili, że Sannjāsin był większy, na co król żądał, aby udowodnili swoje twierdzenie. Kiedy nie mogli, rozkazał im się ożenić i zostać gospodarzami. Potem przyszli inni i powiedzieli: „Gospodarz, który wykonuje swoje obowiązki, jest większym człowiekiem”. Od nich też król zażądał dowodów. Kiedy nie mogli ich dać, sprawił, że oni również osiedlili się jako gospodarze.
W końcu pojawił się młody Sannjāsin i podobnie król zapytał go o to samo. Odpowiedział on: „Każdy, o królu, jest równie wielki na swoim miejscu”. „Udowodnij mi to” – poprosił król. „Udowodnię ci to”, powiedział Sannjāsin, „ale najpierw musisz do mnie przyjść i żyć tak jak ja przez kilka dni, abym mógł dowieść swoich słów”. Król zgodził się i opuścił swój kraj udając się za Sannjāsinem. Przeszli razem przez wiele innych krajów, aż dotarli do wielkiego królestwa. W stolicy tego królestwa odbywała się wielka uroczystość. Król i Sannjāsin usłyszeli dźwięk bębnów i muzyki, a także wołania krzykaczy miejskich; ludzie zebrali się na ulicach w uroczystych strojach i wygłoszono wielką proklamację. Król i Sannjāsin stali tam, aby zobaczyć co się dzieje. Krzykacz obwieszczał głośno, że księżniczka, córka króla tego kraju, ma wybrać męża spośród zgromadzonych przed nią.
Był to stary zwyczaj w Indiach, że księżniczki wybierały mężów w ten sposób. Każda księżniczka miała pewne wyobrażenia na temat mężczyzny, którego chciałaby mieć za męża. Niektóre wybierały najprzystojniejszego mężczyznę, inne wolały najbardziej uczonego, jeszcze inne najbogatszego i tak dalej. Wszyscy książęta z sąsiedztwa włożyli swoje najwspanialsze szaty i stanęli przed nią. Czasami oni także mieli swoich własnych krzykaczy, którzy wyliczali ich zalety i powody, dla których, jak mieli nadzieję, księżniczka powinna ich wybrać. Księżniczka siedziała na tronie i była oprowadzona wokół w najwspanialszym orszaku; oglądała ich i o nich słuchała. Jeśli nie była zadowolona z tego, co widziała lub słyszała, mówiła do swoich tragarzy: „Idźcie dalej” i nie zwracano więcej uwagi na odrzuconych zalotników. Jeśli jednak księżniczka byłaby zadowolona z któregoś z nich, miała rzucić na niego girlandę z kwiatów i ten miał zostać jej mężem.
Księżniczka kraju, do którego przybyli nasz król i Sannjāsin miała zorganizowaną jedną z tych interesujących ceremonii. Była najpiękniejszą księżniczką na świecie, a mąż księżniczki miał zostać władcą królestwa po śmierci jej ojca. Ideą tej księżniczki było poślubienie najprzystojniejszego mężczyzny, ale nie mogła znaleźć nikogo odpowiedniego, kto by ją zadowolił. Takie zgromadzenia miały już miejsce kilka razy, ale księżniczka nie mogła wybrać męża. To spotkanie było najwspanialsze ze wszystkich; przybyło na nie więcej osób niż kiedykolwiek. Księżniczka weszła na tron, a tragarze nieśli ją z miejsca na miejsce. Zdawała się nie troszczyć o nikogo i wszyscy byli zawiedzeni, że to spotkanie również zakończy się niepowodzeniem. Właśnie wtedy pojawił się młody mężczyzna, Sannjāsin, przystojny, jakby słońce zstąpiło na ziemię i stanął w kącie zgromadzenia, obserwując co się dzieje. Tron z księżniczką zbliżył się do niego, a gdy tylko zobaczyła pięknego Sannjāsina, zatrzymała się i zarzuciła na niego girlandę. Młody Sannjāsin chwycił girlandę i zrzucił ją, wykrzykując: „Co to za nonsens? Jestem Sannjāsinem. Cóż dla mnie znaczy małżeństwo?” Król tego kraju pomyślał, że być może ten człowiek jest biedny i dlatego nie odważył się poślubić księżniczki, więc powiedział do niego: „Żeniąc się z moją córką dostaniesz pół mego królestwa, a po mojej śmierci całe królestwo!” i ponownie załóż girlandę na Sannjāsina. Młodzieniec jeszcze raz ją odrzucił, mówiąc: „Bzdura! Nie chcę się żenić” i szybko oddalił się od zgromadzenia.
Wtedy księżniczka tak bardzo zakochała się w tym młodym człowieku, że powiedziała: „Muszę poślubić tego mężczyznę, inaczej umrę”; i poszła za nim, aby go sprowadzić z powrotem. Wtedy nasz drugi Sannjāsin, który przyprowadził tam króla, powiedział do niego: „Królu, pójdźmy za tą parą”; więc szli za nimi, ale w znacznej odległości z tyłu. Młody Sannjāsin, który odmówił poślubienia księżniczki, maszerował przez wiele mil przez kraj. Kiedy przybył do lasu i wszedł do niego, księżniczka podążyła za nim, a pozostali dwaj poszli za nimi. Ale ten młody Sannjāsin był dobrze zaznajomiony z tym lasem i znał w nim wszystkie zawiłe ścieżki. Nagle przeszedł na jedną z nich i zniknął, a księżniczka nie mogła go znaleźć. Po długich próbach odnalezienia go usiadła pod drzewem i zaczęła płakać, bo nie wiedziała jak się wydostać. Wtedy nasz król i drugi Sannjāsin podeszli do niej i powiedzieli: „Nie płacz; pokażemy ci drogę wyjścia z tego lasu, ale teraz jest zbyt ciemno, abyśmy mogli ją znaleźć. Oto wielkie drzewo; odpocznij pod nim, a rano pójdziemy wcześnie i pokażemy ci drogę”.
Zdażyło się, że na tym drzewie, w gnieździe, mieszkał mały ptaszek, jego żona i troje małych dzieci. Ten mały ptaszek spojrzał w dół i zobaczył troje ludzi pod drzewem i powiedział do swojej żony: „Moja droga, co mamy robić? Oto jacyś goście są w domu, jest zima a my nie mamy ognia”. Odleciał więc i wziął w dziób trochę płonącego drewna opałowego i rzucił je przed gośćmi, do których oni dodali opału i rozpalili płonący ogień. Ale ptaszek nie był zadowolony. Ponownie powiedział do swojej żony: „Moja droga, co mamy robić? Ci ludzie nie mają nic do jedzenia, a są głodni. Jesteśmy gospodarzami; naszym obowiązkiem jest nakarmić każdego, kto przychodzi do domu. Muszę zrobić to, co mogę, dam im moje ciało”. Rzucił się więc w sam środek ognia i zginął. Goście widzieli, jak spada i próbowali go ratować, ale był dla nich za szybki.
Żona ptaszka zobaczyła, co zrobił jej mąż, i powiedziała: „Oto trzy osoby i tylko jeden ptaszek do zjedzenia. To nie wystarczy; moim obowiązkiem jako żony jest nie pozwolić, by wysiłek mojego męża poszedł na marne. Niech posiądą i moje ciało”. Potem wpadła do ognia i spłonęła żywcem.
Wtedy trzy pisklęta, kiedy zobaczyły, co zaszło i że wciąż nie ma wystarczającej ilości jedzenia dla trojga gości, powiedziały: „Nasi rodzice zrobili, co mogli, ale to nadal nie wystarczy. Naszym obowiązkiem jest kontynuować dzieło naszych rodziców; niech i nasze ciała przeminą”. I wszystkie też rzuciły się w ogień.
Zdumieni tym, co zobaczyli, troje ludzi nie mogli oczywiście zjeść tych ptaków. Spędzili noc bez jedzenia, a rano król i Sannjāsin wskazali księżniczce drogę, a ona wróciła do ojca.
Wtedy Sannjāsin powiedział do króla: „Królu, widziałeś, że każdy jest wielki na swoim miejscu. Jeśli chcesz żyć na świecie, żyj jak te ptaki, gotowe w każdej chwili poświęcić się dla innych. Jeśli chcesz wyrzec się świata, bądź jak ten młodzieniec, dla którego najpiękniejsza kobieta i królestwo były niczym. Jeśli chcesz być gospodarzem, traktuj swoje życie jako ofiarę dla dobra innych, a jeśli wybierzesz życie w wyrzeczeniu nawet nie patrz na piękno, pieniądze i władzę. Każdy jest wielki na swoim miejscu, ale obowiązek jednego nie jest obowiązkiem drugiego.”
Morał historii nie odnosi się tylko do wschodnich ideałów życia w rodzinie albo życia jako mnich, a rozciąga się na wszystkie indywidualne istnienia. Trzeba osiągnąć doskonałość w byciu sobą. Nie trzeba stawać się kimś, kim się nie jest i kim być nie jest pisane. Stać się dobrym człowiekiem, rozwinąć własny talent, spełnić własne obowiązki, trzymając się tego, co jest wewnętrzą i zewnętrzną prawdą zgodną z człowieczeństwem każdego pojednczego dnia aż do odkrycia najwyższych prawd – oto Droga.




