Doktor Christopher Kerr to pochodzący z Kanady lekarz i badacz. Ukończył psychologię na Kent State University, a doktorat z neurobiologii na Ohio State University. Następnie kształcił się jako internista specjalizując się w chorobach wewnętrznych, a po specjalizacji rozpoczął szkolenie w kardiologii. Tego ostatniego nie ukończył, ponieważ zamiast dalszych studiów rozpoczął pracę w Hospicjum w Buffalo w Stanie Nowy Jork (Hospice & Palliative Care Buffalo), w 1999 roku jako lekarz zajmujący się opieką nad śmiertelnie chorymi, terminalnymi pacjentami i pracuje tam do dzisiaj.
W swojej książce „Death is but a Dream” (Śmierć jest tylko Snem) podsumowuje odkrycia ze swojej 27-letniej pracy z umierającymi pacjentami. Książkę rozpoczyna od wstępu, który tutaj częściowo przetłumaczę:
„Tom miał zaledwie czterdzieści lat, kiedy trafił do hospicjum Hospice Buffalo z zaawansowanym stadium AIDS. W przeciwieństwie do większości moich pacjentów, nie otaczali go bliscy. Nikt go nigdy nie odwiedził. Był dość stoicko nastawiony, więc zastanawiałem się, czy brak gości to jego świadomy wybór, a nie oznaka samotności. Może w ten sposób odmawiał śmierci „publiczności”?
Czułem się zdezorientowany, ale szanując jego prywatność, nie dopytywałem. Wychudzone ciało Toma nosiło ślady dawniej dobrze wyrobionych mięśni. Dbał o formę i był wciąż dość młody, co dawało mi nadzieję. Biorąc pod uwagę jego wiek i kondycję fizyczną, sądziłem, że jego organizm może pozytywnie zareagować na leczenie przedłużające życie. Niedługo po jego przyjęciu podszedłem do dyżurki pielęgniarek i oznajmiłem: „Myślę, że możemy zyskać dla Toma trochę czasu. Antybiotyki dożylne i płyny powinny pomóc”.
Pielęgniarka oddziałowa, Nancy, pracowała w Hospice Buffalo znacznie dłużej ode mnie. Znała się na swoim fachu i wszyscy darzyli ją szacunkiem. Nie miała też w zwyczaju owijać w bawełnę. Mimo to jej odpowiedź mnie zaskoczyła: „Za późno. On umiera”.
Zapytałem: „Naprawdę?”.
Odparła: „Tak. Śniła mu się zmarła matka”.
Zaśmiałem się niezręcznie – z niedowierzaniem, a jednocześnie czując potrzebę obrony własnego stanowiska. „Nie przypominam sobie, żeby mnie o tym uczyli na studiach medycznych” – stwierdziłem.
Nancy zareagowała błyskawicznie: „Chłopcze, chyba opuściłeś sporo zajęć”.
Miałem trzydzieści lat, byłem w trakcie specjalizacji z kardiologii, a w weekendy pracowałem w Hospice Buffalo, żeby opłacać rachunki. Nancy była niezwykle doświadczoną pielęgniarką, która nie miała zbyt wiele cierpliwości do młodych, pełnych ideałów lekarzy. Zrobiła to, co zawsze, gdy ktoś nie rozumiał sytuacji – przewróciła oczami.
Wróciłem do swoich zajęć, w myślach analizując wszystkie sposoby, dzięki którym współczesna medycyna mogłaby zapewnić Tomowi jeszcze kilka tygodni, a może nawet miesięcy życia. Był wyniszczony infekcjami, więc podaliśmy antybiotyki. Ponieważ był również skrajnie odwodniony, zleciłem kroplówkę z solą fizjologiczną. Jako lekarz zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by przedłużyć jego życie, jednak w ciągu czterdziestu ośmiu godzin Tom zmarł.
Nancy trafnie oceniła, na jakim etapie schyłku życia się znajdował. Skąd jednak mogła to wiedzieć? Czy był to tylko pesymizm – efekt pewnego znieczulenia, wynikającego z obserwacji śmierci tak wielu ludzi? Czy rzeczywiście potrafiła wykorzystać sen pacjenta jako wskaźnik długości jego pozostałego życia? Nancy pracowała w hospicjum przez ponad dwie dekady. Była wyczulona na aspekty umierania, o których nie miałem pojęcia: na jego wymiar subiektywny. Podczas mojego szkolenia medycznego kwestia tego jak pacjenci przeżywają chorobę – a zwłaszcza proces umierania – była w dużej mierze pomijana.
Podobnie jak wielu innych lekarzy, nigdy nie rozważałem, że śmierć może być czymś więcej niż tylko wrogiem, z którym należy walczyć. Znałem pojęcie „ślepych” interwencji – robienia wszystkiego, by utrzymać pacjenta przy świadomości i podtrzymać jego oddech – ale nie przywiązywałem wagi do tego, w jaki sposób konkretna osoba mogłaby pragnąć odejść, ani do niepodważalnego faktu, że śmierć jest ostatecznie nieunikniona. Ponieważ zagadnienia te nie stanowiły części mojego wykształcenia medycznego, nie dostrzegałem, jak subiektywne doświadczenie umierania może wiązać się z moją rolą lekarza.
Dopiero niezwykle częste przypadki snów i wizji pojawiających się u moich pacjentów u kresu życia uświadomiły mi, jak istotne jest to zjawisko – zarówno w wymiarze klinicznym, jak i ludzkim. Jako lekarz hospicyjny towarzyszyłem tysiącom pacjentów, którzy w obliczu śmierci mówią o miłości, sensie i łasce. Pokazują oni, że nawet gdy wyleczenie nie jest już możliwe, wciąż istnieje nadzieja – w miarę jak uwaga pacjenta przesuwa się z samego leczenia ku poszukiwaniu osobistego sensu. W miarę postępu choroby łaska i hart ducha przenikają się, przynosząc umierającym oraz ich bliskim nowe zrozumienie – zrozumienie, które paradoksalnie bywa afirmacją życia. Doświadczenia te obejmują sny i wizje pojawiające się przed śmiercią, będące przejawem procesu wewnętrznej integracji i odnajdywania samego siebie. Są to poruszające, niezwykle silne przeżycia, które pojawiają się w ostatnich dniach lub godzinach życia, stając się dla pacjentów momentami głębokiego wglądu i odnalezienia wewnętrznej równowagi. Często wyznaczają one wyraźne przejście od cierpienia do akceptacji, przynosząc umierającym poczucie spokoju i wewnętrznej pełni. Pacjenci niezmiennie opisują te doświadczenia jako „bardziej rzeczywiste niż sama rzeczywistość”, a każde z nich jest tak niepowtarzalne, jak osoba, która je przeżywa.
Te doświadczenia z kresu życia koncentrują się na osobistych historiach, rozumieniu samego siebie, konkretnych relacjach i jednostkowych wydarzeniach. Składają się z obrazów i scen wywodzących się z życiowych doświadczeń danej osoby – nie zaś z abstrakcyjnych rozważań na temat zaświatów. Mogą to być: spacer po lesie w towarzystwie kochającego rodzica, przejażdżki samochodem czy wyprawy na ryby z bliskimi, a także pozornie nieistotne detale – faktura lub kolor sukienki ukochanej osoby, dotyk aksamitnego pyska konia czy szelest liści topoli w ogrodzie rodzinnego domu z dzieciństwa. Dawno utraceni bliscy powracają, by przynieść ukojenie; dawne rany zostają uleczone; niedokończone sprawy znajdują swój finał; powraca się do życiowych konfliktów, by ostatecznie osiągnąć przebaczenie.
Lekarze są winni swoim pacjentom uwzględnienie tej świadomości w swojej praktyce. Doświadczenia z końcowego etapu życia należy postrzegać jako dowód na istnienie afirmującej życie i inspirującej odporności ludzkiego ducha. Stanowią one świadectwo wrodzonej, naturalnej i głęboko duchowej zdolności człowieka do samopodtrzymania, samouzdrawiania, odnajdywania łaski oraz nadziei. Pomagają one przywrócić sens u kresu życia i sprawiają, że umieranie staje się procesem, na który pacjenci mają realny wpływ. Przynoszą również ulgę osobom pozostającym przy życiu – bliskim zmarłego, dla których widok odchodzącego w spokoju i poczuciu domknięcia spraw jest źródłem ukojenia.
To subiektywne doświadczenie umierania stanowi także dobitne przypomnienie, że piękno i miłość w ludzkim życiu często objawiają się wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. Pacjenci, którzy u kresu życia doświadczają wewnętrznych procesów przynoszących pocieszenie, zmagają się jednocześnie z objawami słabnącego ciała, nad którym mają ograniczoną kontrolę. Są w stanie skrajnej kruchości i bezbronności, doświadczając cierpienia – bólu kości czy rozpaczliwego łaknienia powietrza. Cewniki, kroplówki i leki stają się nieodłącznym elementem ich codzienności, funkcjonując niekiedy niemal jak przedłużenie własnego ciała w ramach nieodwracalnej, codziennej opieki medycznej. Mogą oni w różnym stopniu doświadczać dysonansu poznawczego, psychologicznego czy duchowego. Mimo to, nawet gdy nieubłagany upływ czasu zbiera swoje żniwo w ich ciałach i umysłach, wielu z nich przeżywa sny lub wizje, w których wykazują niezwykłą świadomość i jasność umysłu.
Na tym właśnie polega paradoks umierania: pacjenci bywają emocjonalnie i duchowo żywi – a niekiedy wręcz oświeceni – pomimo gwałtownego pogarszania się stanu fizycznego. Choć fizyczne i psychiczne koszty umierania są niezaprzeczalne, to właśnie one sprawiają, że przemiany emocjonalne i duchowe, towarzyszące końcowemu etapowi życia, graniczą z cudem. Aby właściwie podejść do doświadczeń z kresu życia, trzeba uwzględnić ten paradoks – sytuację, w której śmierć i umieranie wykraczają poza fizyczny rozpad i smutek, otwierając przestrzeń na duchowe przebudzenie, piękno i łaskę. Jak zauważa bohater głośnej książki „Wtorki z Morrie”: „Starzenie się to nie tylko rozkład. To wzrost. To coś znacznie więcej niż tylko ten negatywny aspekt, że w końcu umrzesz”. Dotyczy to również procesu umierania, który często stanowi podsumowanie, zwieńczenie i ukoronowanie życia – jest okazją do dostrzeżenia i celebrowania naszego człowieczeństwa w całej jego złożoności i godności, a nie tylko końcem egzystencji.
Mam nadzieję, że ta książka dostarczy wiedzy i doda sił pacjentom zbliżającym się do kresu życia, a także ich rodzinom i opiekunom. Przywołuje ona historie niezwykłych ludzi, którzy zdecydowali się podzielić swoimi marzeniami, przemyśleniami i uczuciami w obliczu ostatecznego przejścia. Jest przeznaczona dla wszystkich, którzy wcześniej czy później „przekroczą próg wieczności” – czyli dla każdego z nas. Traktuje o życiu i jest skierowana do żyjących.
Poznajemy tu odważne osoby, takie jak Kenny – emerytowany właściciel domu pogrzebowego i ojciec pięciorga dzieci. Tuż przed śmiercią, w wieku siedemdziesięciu sześciu lat, doświadczył on wizyty ukochanej matki, którą stracił, mając zaledwie sześć lat. W miarę zbliżania się końca, w swoich snach znów stawał się małym chłopcem i słyszał kojący głos matki, która raz za razem powtarzała: „Kocham cię”. Opowiadał nawet, że w swojej szpitalnej sali czuł charakterystyczny zapach jej perfum.
Innym przykładem jest dziewięćdziesięciojednoletnia Deb, emerytowana pracownica domu towarowego. Na osiem dni przed śmiercią z powodu choroby niedokrwiennej serca doświadczyła „niezwykle kojących” wizji: w jej pokoju pojawiło się sześcioro zmarłych członków rodziny, w tym ojciec, który – jak stwierdziła – „czekał na nią”. Dzień później zobaczyła, jak jej przyjaciel z dzieciństwa, Leonard, zabiera ją dokądś, a zmarła ciotka Martha zachęca ją, by „pozwoliła sobie odejść”.
Z kolei dwudziestoośmioletnia Sierra, mierząc się z nie do zniesienia myślą, że jej czteroletni synek zostanie bez matki, wypierała powagę swojego stanu – co było w pełni zrozumiałe. Szpital onkologiczny skierował ją do hospicjum, „aby zapewnić jej większy komfort” – co ona, z typowym dla młodości optymizmem, odczytała dosłownie. „Pokonam to” – szeptała do zdezorientowanego personelu zaledwie na kilka dni przed śmiercią. Dopiero wizja zmarłego dziadka, który powiedział, że nie chce, by dłużej cierpiała, przyniosła jej akceptację oraz dała jej i pogrążonej w żałobie rodzinie siłę, by pozwolić jej odejść. Nie obawiała się już własnego nieistnienia i odeszła spokojnie w objęciach matki.
Była też Jessica, która w wieku trzynastu lat nauczyła mnie, jak pogodzić się z czymś niepojętym – odejściem dziecka. Kiedy zapytałam ją, co dla niej znaczą sny, które miewała, odpowiedziała po prostu: „Że jestem kochana. Wszystko będzie dobrze”. Czasami potrzeba dziecięcej niewinności, by przeprowadziła nas przez to, co nie do zniesienia. (…)”
